W zwietrzałej nieco już goryczy pastwić się będę ponownie nad tym tematem. Tematem wdzięcznym o tyle, o ile z samej definicji i podstawowego założenia, jest to pojęcie czysto abstrakcyjne, albo nawet - o zgrozo - metafizyczne, i z tego powodu żadna rozmowa i dywagacja nie może być trafna; z tego samego powodu jednakże, żadna nie może też być mylna. Ochoczo zatem zacieram łapki, do mojej nieskażonej ścisłą znajomością tematu rozprawy.
Termin miłość z założenia jest nietrwały i ulotny; opiera się bowiem na uczuciach. Uczucia uzależnione są od bodźców, a bodźce z kolei - są zmienne, i tak miłosny dynks skacze wesoło z on na off i z powrotem. W związku z tym, rozważania sprowadzę do bodźców, a bodźce - do potrzeb, bo czymże jest związek dwoja ludzi, jak nie próbą zawiązania obustronnie przydatnej ugody? Dla uproszczenia przyjmiemy, że ludzie generalnie postępują egoistycznie, chcąc wymienić coś za coś; związki nie powstają z jednostronnego 'kochania', ale gdy jedna strona dostrzega realizację swoich potrzeb w zakresie możliwości drugiej strony, i odwrotnie. Znaczy, gdy się kochają. Wikipediowa definicja miłości mówi o przywiązaniu; podobnie człowiek jest przywiązany do swojego otoczenia, środowiska, domu - gdyż spełnia on jego potrzeby; a dużo jednak bardziej do człowieka niż do cegieł, ponieważ cegły może sobie sam postawić, a drugi człowiek, cóż - fluktuuje, i chcąc nie chcąc - nie jest w stanie zapewnić takiego oparcia jak stos cegieł. Stąd większa obawa utraty miłości niż obawa utraty domu - stąd większe przywiązanie do drugiej osoby.
Wracając do tematu - postawię tezę (i pewnie pierwszy z nią nie będę) - podstawą związków jest obopólne zaspokajanie potrzeb. Rozpatrując potrzeby podług przykładowej partnerki (proszę mi wybaczyć tę egoistyczno-szowinistyczną hetero-formę) możemy je podzielić na dwie grupy.
Pierwsza, na której skupia się większość ludzi tworząc związki, to potrzeby, których człowiek nie jest w stanie zaspokoić sobie sam. Począwszy od potrzeb ciepła, bliskości, rozmowy, oparcia, na ordynarnym spółkowaniu skończywszy. Grupa ta dominuje nad tą, którą mam jeszcze do wymienienia, gdyż ulotność drugiej osoby sugeruje szybkie zaspokojenie, póki jest ono możliwe; pozwolę sobie odwołać się do prostego przykładu. Jeżeli w sklepie są batoniki A i B, i mamy ochotę na oba, lecz bardziej na B, a na półce został ostatni batonik A, to większość z nas zapewne wybierze jednak A - co jest zupełnie rozsądne, zważywszy na to, że B jeszcze będziemy mieli okazję się najeść, a A może bezpowrotnie zniknąć w obcej gardzieli.
Drugim zbiorem potrzeb - batonikiem B - są te potrzeby, które są dla nas ważne, ale potrafimy je realizować samodzielnie. Niech to będzie samorealizacja, chęć poznawania świata tudzież ciekawość i inne takie tam chwalebne misteria.
Opierając się na tych dwóch zbiorach, ośmielę się zaprezentować Państwu moją dwuregułę konstrukcji związków. Nieodkrywczą, prostą, prototypową i - podobno - kontrowersyjną a nawet mylną.
1) Partnerka/partner musi spełniać te twoje potrzeby, których bez niej/niego nie jesteś w stanie zaspokoić.
2) Partnerka/partner nie może znacząco przeszkadzać w realizowaniu potrzeb od niej/niego niezależnych.
Reguły oczywiście obowiązują w obie strony.
Wniosek jest zatem taki, że podstawą zbudowania solidnego związku jest najpierw uświadomienie sobie swoich potrzeb (co jest, zdaje się, dość trudne) oraz przekopanie dostatecznie dużej próby potencjalnych partnerek/partnerów celem znalezienia kogoś, kto w tym spektrum się uplasowuje (przy czym, matematycznie rzecz biorąc, im większy zbiór potrzeb, tym węższe spektrum akceptacji, tym większą populację należy przegzaminować).
P.S. I jeszcze jeden wniosek - wbrew temu co ongiś sądziłem, a nawet chyba głosiłem - głupotą jest poważne wiązanie się w młodym wieku, a to z tego prostego powodu, że cechą zasadniczą młodości jest niemożność dookreślenia tego, czego się chce.
13 komentarze:
O ile ogólnie nie zgadzam się ze sprowadzaniem miłości i pozostawania w stanie związku z drugą osobą do zaspokajania potrzeb, to dodam tylko, że w kwestii potrzeb, które jesteśmy w stanie sami zaspokoić, druga osoba może wpływać nadzwyczaj pozytywnie na ich zaspokajanie - począwszy od sugerowania pewnych działań poprzez wspieranie moralno-psychiczne po wszelkiego rodzaju działania aktywne. Nie wspomnę już o tym, że poprzez negocjowanie warunków współżycia (w znaczeniu życia razem - nie spółkowania ;-)) nowe potrzeby pojawiają się na horyzoncie co rusz - i to często takie, z których bysmy sobie nie zdali sprawy pozostając w związku samotniczym z samym soba ;-).
Oczywiście, że druga osoba może wspomagać realizację potrzeb innych, jak najbardziej się zgadzam! :) Jednakże moje reguły mają określać minimalny zakres wymagań niezbędnych do konstrukcji trwałego związku, a to o czym wspominasz - to bardzo fajny feature, który mimo wszystko nie jest niezbędny.
A dlaczego właściwie się nie zgadzasz ze sprowadzaniem miłości do zaspokajania potrzeb? :)
Dwa uzupełniające się wzajemnie egoizmy to wynaturzenie miłości.
Miłość nie opiera się i nie istnieje tylko dzięki uczuciom, bo jak trafnie zostało to podkreślone- są one zmienne i ulotnoe. Tymczasem miłość to rodzaj tendencji, która istnieje niezmiennie, trwale i skutecznie, tuż na granicy ludzkiego poznania.
Doskonale miłość zdefiniował w "Miłość i odpowiedzialność", nasz rodzimy, polski przedstawiciel personalizmu, jeszcze nie papież - Karol Wojtyła. Gorąco polecam.
http://www.katedra.uksw.edu.pl/wojtyla/milosc_i_odpowiedzialnosc/
Jest bardzo możliwe, że tak właśnie jest - tj. że miłość umyka w większości teoriom i regułom, i w dużej mierze umyka ramom ludzkiego umysłu. Ale właśnie w związku z tym, że jest ta część natury miłości nieuchwytna - sądzę, że zupełnie bezcelowymi są próby jej zgłębiania - bo skoro jest niezgłębialna, to nawet nie bardzo jest sens w ogóle brać ją pod uwagę.
Prawdą byłoby też prawdopodobnie to, iż gdyby udało się znaleźć wzór na nią, przestałaby istnieć.
Też uważam, iż nasz mózg jest też za mały by nawet próbować rozumieć to zjawisko, stąd pewnie też tyle definicji ile umysłów próbujących ją napisać. Jest też tak, że każdy coś oryginalnego może o niej powiedzieć. Nie uważam jednak, iż bezcelowe są próby jej badania... Wręcz przeciwnie, ponieważ sprawa jest dość fascynująca :)
Aksjomatyka chrześcijańska twierdzi, iż Bóg jest miłością. Twierdzi także, iż jesteśmy stworzeni na Jego podobieństwo. Więc jesteśmy w jakiś sposób stworzeni z miłości. Jesli stanowi ona esencję człowieka, nie ma możliwości, żeby jej nie mógł w żaden sposób poczuć. Może natomiast starać się to poczucie wypierać.
Być może jest tak, iż to nie umysł, mózg, przeznaczony jest do prób definiowania czegoś, co zwiemy miłością. Być może posiadamy jakiś inny "organ", którym się w tym przypadku możemy posłużyć (jakkolwiek to brzmi :), w jakiś sposób poczuć tą wspomnianą w poprzednim moim wystąpieniu tendencję.
Dla kontrastu racjonalnego, rozumnego pojmowania miłości wysnuję pewną nić teorii: od wieków mówi się o sercu jako o siedlisku miłości, często bardzo instynktownie wskazując właśnie to miejsce. Nawiązując do tego, co na ten temat mówią wyznawcy hinduizmu: właśnie na wysokości płuc znajduje się Anahata, ćakra serca, odpowiedzialna właśnie za miłość, kontakty z innymi ludźmi, leczenie i uzdrawianie (związek z ciałem nawiązuje do tego, co mówią aksjomaty chrześcijańskie). Jakby podświadomie (w pełnym znaczeniu tego słowa) ludzie potrafią określić coś, co bardzo umiejętnie wymyka się jeszcze ramom hardcore'owej nauki. Zachęcam do przestudiowania http://www.emotionallyvague.com/, są tam przedstawione wyniki bardzo ciekawej ankiety.
Nauka sięga daleko- to fakt- wciąż jednak sięga bardzo blisko, a najnowsze teorie fizyki kwantowej zdają się potwierdzać to, co szamani wszelkich kultur twierdzili od wieków- głównie to, iż istnieje coś, czego nie da się ująć w ramy matematyczno-fizyczno-chemiczno-biologicznej rzeczywistośći.
A właściwie się nie zgadzam, bo zbyt wiele jest w miłości aspektów, które nie podlegają pod kategorię "potrzeby". Zaspokajanie potrzeb jest kwestią poboczną dla tych rzeczy, których wytłumaczyć nie potrafię - i nie będę nawet próbować ;-).
Tyle tu przeintelektualizowanego gadania, a sprawa jest dość oczywista - młody facet nie może spokojnie żyć bez seksu. Życie jest dużo prostsze niż wielu chciałoby żeby było, nie ma wielkich wyższych wartości, jest codzienne życie. Jeżeli miłość ma być ciągłym testem egoizmu to lepiej od razu dać sobie spokój. Każdy ma swoje potrzeby i trzeba głośno o nich mówić, duszenie ich w sobie prowadzi do jakiegoś bzdurnego heroizmu i niepotrzebnych poświęceń.
Powodzenia życzę w poszukiwaniu prawdziwej kobiety :)
Internet has spoken.
Przedmówca mówi o potrzebie mówienia głośno... z szafy? W każdym bądź razie anonimowo.
Postuluję o odebranie prawa mówienia o miłośći osobom, dla których heroizm jest bzdurny, a poświęcenia niepotrzebne.
Cichy has głośno spoken :)
Ależ infantylny człowieku, jesteś dla mnie równie anonimowy jak ja dla ciebie, nie rozumiem twojego zarzutu. Uważacie, że tematy o miłości trzeba brać na głębokim wdechu i ze łzami w oczach. Nie neguje całkowicie ustępstw czy poświęcenia, neguję raczej zakłamanie przed samym sobą.
Nie wiem czy obchodzi was moje zdanie, no ale możecie nie czytać ;]
Według mnie związek opiera się głównie na zaufaniu i życzliwości, poza tym jest to pewna wspólnota interesów którą obie strony muszą zaakceptować. Motylki w brzuchu odfruną prędzej czy później, zostanie to, co między sobą zbudujecie, i to jest właściwie wszystko. W dzisiejszych czasach ludzie są zbyt wyrachowani na takie rzeczy, poza tym za bardzo rozwodzą się nad istotą rzeczy i tracą życie na wzdychanie.
http://www.wrzuta.pl/audio/9XEOvk6WG1/odwalcie_sie_od_milosci
Melon, masz u mnie piwo :) Za całokształt!
Nie mam już nic więcej do dodania ;)
w sumie... bliżej mi do poglądów anonima. "motylki uciekają" i nagle budzimy się z niczym. i to na dodatek budzimy się przy osobie, której nie znamy, z którą nic nas nie łączy (nawet wspólny interes). która albo pozbawiła nas naszego ja, albo to my ją pozbawiliśmy wartości.
"związek to nie kompromis a konfrontacja" - hmmmmm trochę to bergmanowskie...
ale miłość istnieje. tylko, ona jest na początku. później można bywać razem.
A ja bym raczej powiedziała, że miłość pojawia się później. Najpierw jest zakochanie, które jest zupełnie innym stanem niż ten, który przychodzi z czasem. Poza tym zupełnie inną kwestią jest samo bycie w związku - bo nad związkiem trzeba pracować każdego dnia. Bo to łatwe nie jest.
Prześlij komentarz