14.2.09

Life's a bitch. Then you die.

And from that moment on, it's good.

Uwaga: Ten post nie został napisany celem go czytania, a jedynie celem zapisu samego w sobie.

Jeszcze chyba nigdy w życiu nie wiedziałem czego chcę tak dobrze, jak teraz. Niczego nie chcę, i niczego mi nie potrzeba. Chociaż strasznie trudno takie coś wyznać, i mogę wyjść na kłamcę i hipokrytę, i mogę płakać za utraconymi osobami, czasem, przedmiotami... to dobrze wiem, i wy też, że nic z tego nie jest mi tak naprawdę potrzebne.

Każda pustka, jaka tylko się pojawia, zapełnia się w mgnieniu oka. Sama. Nic nie trzeba robić. 

Tak się składa, że mój obecny związek jest 'on the verge of destruction'. I pytam samego siebie od wczoraj, co czuję. Przykro mi, jasna sprawa. Ale co poza tym? Co ponad to? Ponad to, cieszę się. 

Nie dlatego, że jeśli bieg wydarzeń rozmieni nas na drobne, będę mógł znowu polować. Nigdy mi na tym nie zależało, i nic w tym temacie się nie zmieniło. 

Cieszę się, bo ją rozumiem. Tak myślę. Tak właśnie myślę. Że w tym momencie ją rozumiem, i wiecie co? I teraz naprawdę ją kocham, i teraz - właśnie teraz - jest mi wszystko jedno. Nie mam wątpliwości, że sama sobie poradzi, albo że ja sobie poradzę. Będę tęsknił, pewnie tak. Ale chyba wreszcie już mam wszystkie puzzle potrzebne do zbudowania trwałego związku. Każdy kolejny dostawałem przy wszystkich poprzednich rozstaniach.

Jedyne czego chcę, to być szczęśliwym - takie to proste. Wymyśliłem sobie nawet jakiś przepis, ale on w sumie nie jest taki znowu ważny. Rzecz w tym, żeby zefirek życia pchał mnie w jakimś kierunku. Mam niby jakieś cele, ale one nie są kluczowe. To tak tylko po to, żeby się nie nudzić.

Odczuwam pustkę. Ale tak, jak słyszy się ciszę. Kiedy wokół leci strasznie głośna chaotyczna muzyka, i nagle ktoś wciska stop. Nagle słyszysz skrzypienie swoich butów, oddech, bicie serca. I wtedy rozumiesz, i widzisz. Pod tym całym hałasem Życia - jest życie. Małe, proste, bez smaku, i bez woni, bez kształtu - żeby się nie znudziło. I można z nim zrobić co się chce, i będzie dobrze.

Boję się. Bo jeszcze nie do końca wiem co będzie dalej. Ale boję się raczej tak, jak się bałem w podstawówce, kiedy się przeprowadzaliśmy, i zmianiałem szkołę. Niby wiem, że sobie dam radę, że będzie dobrze, ale jednak nic w tym przyjemnego.

Czy ona jest tą jedyną? Czy była? Nie wiem. Nie dowiem się. Nie dowiedziałbym się. I nie ma to najmniejszego znaczenia, bo nie w tym rzecz.

3 komentarze:

Buczo pisze...

Boisz się przyznać, że popełniłeś błąd sam przed sobą.

Kacper pisze...

Jakiś gdzieś na pewno. Nie wiem tylko, czy na początku, czy na końcu ;)

Buczo pisze...

z tym zawsze jest problem. ale raczej na początku :D