18.8.09

Wągry i Węgry



Otóż, jak coponiektórym wiadome jest, w końcu kwietnia, dokładniej ostatniego jego dnia, byłem sobie w Budapeszcie, na spędzie pod tytułem Game Developers Forum 2009.

Developerów było tam względnie niewielu, węgierski śmiesznym językiem jest, wieje tam okrutnie, słońce strasznie praży, Dunaj zaś szeroki jak diabli. Poza tym dość podobnie do polskich ziem.

Przeprowadziłem tamże wykład na szalenie dumnie, skomplikowanie i mądrze brzmiący temat: Call of Juarez: Bound in Blood - crafting a next-gen multiplayer experience. Niech mnie nikt nie pyta, o co chodzi, bo to zlepek takich sobie syntetycznych bzdurnych marketingowych frazesów. Ale zawiera X, więc jest cool.

Pomyślało mi się zatem dzisiaj, że fajno by było jakieś komentarze do tej swojej prezentacji złowić w sieci. Jak pomyślałem, tak - jak rzadko kiedy - zrobiłem, i oczom mym ukazały się liczne opinie - jeno po węgiersku.

Przepuściłem je przez jakiegoś online translatora hungarian to english, i oto co wypluł:

A new generation of multi-making work
For me, the most interesting presentation was a lecture. Kacper
Szymczak (Kászper Szimcsák), the Techland pályatervezője told the
topic of the Call of Juarez: c. Bound in Blood példázva game.
FPS told trails planning, especially in multiplayer side. What do you
love the people, what a nice track, what are the limits to what a good
mode ... etc..
Very enjoyable was the 45 minutes as if it had stayed 10 minutes.
Performance of a player Lehengerlő funny.
The first part of Call of Juarez is one of my favorites, but the fact
that multiplayer was not very successful. Here I am convinced that the
second part of this element will also be inspected.
The frag-system, for example, replacing the Bounty system seems very smart.

The next presentation was Szymczak Kacper. He came from the Polish
Techland, Call of Juarez and the előzményéről of Bound in Blood from
telling us, in the implementation of the multi, but a great style. The
day's peak was a good game, good topics, good presentation.

Kacper Szymczak (do not even try to say it) then took to the stage,
who presented the colors Techland Call of Juarez: Bound in Blood
multiplayer mode. The game is very good, the multiplayer mode and it
seems interesting, Kacper nice things he said and pointed at him. The
question is, what is it able to achieve, but the ideas are in place, I
am certain.

Kacper Szymczak Call of Juarez continuation rule, with particular emphasis
the multiplayer modes and the importance of the involvement of the
starting players.
Secret of my favorites this year, Call of Juarez: Bound in Blood, so uplifting
mozivásznon was fantastic to see the trailer. Tuko sitting in the waiting
vadnyugati story.

Then the Polish guy was a huge lecture over, the name of Kacper
Szymczak from Techland. Already pre-draw attention to the figure to be
funny. I started something in Polish ground, and what leseett, you
really can not speak English very lousy accent, then bemondta that
"Okay, I'm just kidding."
He is also a continuation of the Call of Juarez multiplayer part
responsible. Hear some good speeches about what ought to be a
multiplayer experience today. Only in Brief: I think the confrontation
rather than cooperation, the emphasis should be, it can not be
excluded from the novice to the hardcore gamers among those
interested. In a good story, which has been pre-equipped with
győződhettünk the game, which is the maximum of the cinematic
experience. In addition, the game introduced a system of executive
search and how it can motivate the weaker players as well.

It started for me, however, point to present the Polish Techland.
Several current projects are in the Call of Juarez: Bound in Blood
al-prepared for today, it is the multiplayer part of the most
fitogtatásával. First, the Multia will be co-operative mode, but not a
single part sanos. The reason is that the two protagonists of the
story is essentially a different story / associated sites, and thus
the continued co-operation impossible. Was also more interesting. On
the one hand, that there will be no trails specifically multis, but
also walk part of a single "world", will be free to kill. This, of
course, raises the question of the number jtékosok, but this was not
the case. Other points of interest. Bound in Blood of the multiplayer
part of frag-centered. All of the opponent's head over there is the
vérdíj is an amount that is the case of the killing of our zsebünkbe
migrate. Of course, we will have the Price and the games, the winner
will be the individual who Verdia largest, and most of the money
collected. Not incidentally, the rapporteur, who was a pumpkin jófej.
Great, therefore, to him!

Call of Juarez: Bound in Blood presented Kacper Szymczak,
who play the multiplayer mode. Szymczak first began to lecture in
Polish, which is very rácsodálkozott each side, and when I saw the
shocked faces, added: "... of course, it was a joke.", Which heard all
laughed. Then, the game's multiplayer part of the show, so we will
find what játékmódokkal (deathmatch, team deathmatch, and one which
should be levadásznunk famous vadnyugati criminals, such as the Dalton
Brothers gang, or the OK Corral) in the game. It also appeared that
the reward will be a frag rival players after the killing, but the
head set vérdíj, which is more smarter as a player's shot.


Z tego, co rozumiem, to chyba fajno.

29.7.09

Najwyższy czas.

Znam już dobrze to łaskoczące uczucie lekkiego, tajonego przed samym sobą zwiątpienia, które nie raz mój związek damsko-męski rozbudowywało do trójkąta. Pamiętam dobrze te chwile, kiedy stawałem jak wryty, sparaliżowany myślą, że znajduję się w złym miejscu w złym czasie, nie w tej konstelacji i że w ogóle musiałem lunatykować, żeby w takim położeniu się obudzić jako świadomy człowiek.

Nie sposób jednak poznać prawdy nie zgłębiwszy najpierw fałszu, nie sposób wiedzieć co dobre, jeśli nie ma się oparcia w złym. Nie da się dojść do szczęścia, nie nabawiwszy się odcisków. W swoim życiu emocjonalnym (brzydzę się powiedzieć sercowym) przez troszkę już chyba przeszedłem. I mam nadzieję, że wystarczy mi tego już, żeby wiedzieć, czego chcę, i czego mi potrzeba do szczęścia. Z racji człowieczeństwa nie stać mnie na obiektywizm, ale nie mogę szczerze powiedzieć, żebym jakkolwiek w to wątpił. Nie sądzę, żeby istniała dla mnie lepsza alternatywa.

Tak czy inaczej, idąc za Einsteina wypowiedzią nt. 3 wojny światowej - nie wiem czy (tudzież jak) skończy się mój obecny związek, ale następnego nie zamierzam. Bo tylko bym się wkurwiał, że mam, niż wtedy, czyli teraz.

Staram się tutaj możliwie unikać idealizowania, ale przyznać muszę, że będąc tak krytycznym malkontentem, jakim się z czasem stałem - mimo wszystko nie mam jednak na co narzekać. Może wyjąwszy to, że mniej zajmuję się moimi starymi hobby. Ale i to dlatego, że nie mam po prostu ochoty, i spędzianie czasu z Nią jest po prostu ciekawsze i przyjemniejsze. Wbrew obawom, rutyna nas nie dławi, wszystko da się robić razem, każdym zainteresowaniem da się zarazić, w dziwnej muzyce i kuchni zasmakować, starych nieprzyjaciół polubić.


W całym swoim zadufaniu i egoizmie stwierdzam, że Aga podobną jest do mnie, bardzo ją za to i dzięki temu Kocham. Tego kawałka nie będę już więcej potrzebował.


I uwaga, uwaga, przedstawiam państwu...
...upadek kultury, literatury, sztuki, cywilizacji i dobrego smaku:




:-)
:-*
<3

14.3.09

5.3.09

Miłość.

W zwietrzałej nieco już goryczy pastwić się będę ponownie nad tym tematem. Tematem wdzięcznym o tyle, o ile z samej definicji i podstawowego założenia, jest to pojęcie czysto abstrakcyjne, albo nawet - o zgrozo - metafizyczne, i z tego powodu żadna rozmowa i dywagacja nie może być trafna; z tego samego powodu jednakże, żadna nie może też być mylna. Ochoczo zatem zacieram łapki, do mojej nieskażonej ścisłą znajomością tematu rozprawy.

Termin miłość z założenia jest nietrwały i ulotny; opiera się bowiem na uczuciach. Uczucia uzależnione są od bodźców, a bodźce z kolei - są zmienne, i tak miłosny dynks skacze wesoło z on na off i z powrotem. W związku z tym, rozważania sprowadzę do bodźców, a bodźce - do potrzeb, bo czymże jest związek dwoja ludzi, jak nie próbą zawiązania obustronnie przydatnej ugody? Dla uproszczenia przyjmiemy, że ludzie generalnie postępują egoistycznie, chcąc wymienić coś za coś; związki nie powstają z jednostronnego 'kochania', ale gdy jedna strona dostrzega realizację swoich potrzeb w zakresie możliwości drugiej strony, i odwrotnie. Znaczy, gdy się kochają. Wikipediowa definicja miłości mówi o przywiązaniu; podobnie człowiek jest przywiązany do swojego otoczenia, środowiska, domu - gdyż spełnia on jego potrzeby; a dużo jednak bardziej do człowieka niż do cegieł, ponieważ cegły może sobie sam postawić, a drugi człowiek, cóż - fluktuuje, i chcąc nie chcąc - nie jest w stanie zapewnić takiego oparcia jak stos cegieł. Stąd większa obawa utraty miłości niż obawa utraty domu - stąd większe przywiązanie do drugiej osoby.

Wracając do tematu - postawię tezę (i pewnie pierwszy z nią nie będę) - podstawą związków jest obopólne zaspokajanie potrzeb. Rozpatrując potrzeby podług przykładowej partnerki (proszę mi wybaczyć tę egoistyczno-szowinistyczną hetero-formę) możemy je podzielić na dwie grupy.

Pierwsza, na której skupia się większość ludzi tworząc związki, to potrzeby, których człowiek nie jest w stanie zaspokoić sobie sam. Począwszy od potrzeb ciepła, bliskości, rozmowy, oparcia, na ordynarnym spółkowaniu skończywszy. Grupa ta dominuje nad tą, którą mam jeszcze do wymienienia, gdyż ulotność drugiej osoby sugeruje szybkie zaspokojenie, póki jest ono możliwe; pozwolę sobie odwołać się do prostego przykładu. Jeżeli w sklepie są batoniki A i B, i mamy ochotę na oba, lecz bardziej na B, a na półce został ostatni batonik A, to większość z nas zapewne wybierze jednak A - co jest zupełnie rozsądne, zważywszy na to, że B jeszcze będziemy mieli okazję się najeść, a A może bezpowrotnie zniknąć w obcej gardzieli.

Drugim zbiorem potrzeb - batonikiem B - są te potrzeby, które są dla nas ważne, ale potrafimy je realizować samodzielnie. Niech to będzie samorealizacja, chęć poznawania świata tudzież ciekawość i inne takie tam chwalebne misteria.

Opierając się na tych dwóch zbiorach, ośmielę się zaprezentować Państwu moją dwuregułę konstrukcji związków. Nieodkrywczą, prostą, prototypową i - podobno - kontrowersyjną a nawet mylną.

1) Partnerka/partner musi spełniać te twoje potrzeby, których bez niej/niego nie jesteś w stanie zaspokoić.

2) Partnerka/partner nie może znacząco przeszkadzać w realizowaniu potrzeb od niej/niego niezależnych.

Reguły oczywiście obowiązują w obie strony.

Wniosek jest zatem taki, że podstawą zbudowania solidnego związku jest najpierw uświadomienie sobie swoich potrzeb (co jest, zdaje się, dość trudne) oraz przekopanie dostatecznie dużej próby potencjalnych partnerek/partnerów celem znalezienia kogoś, kto w tym spektrum się uplasowuje (przy czym, matematycznie rzecz biorąc, im większy zbiór potrzeb, tym węższe spektrum akceptacji, tym większą populację należy przegzaminować).

P.S. I jeszcze jeden wniosek - wbrew temu co ongiś sądziłem, a nawet chyba głosiłem - głupotą jest poważne wiązanie się w młodym wieku, a to z tego prostego powodu, że cechą zasadniczą młodości jest niemożność dookreślenia tego, czego się chce.

14.2.09

Life's a bitch. Then you die.

And from that moment on, it's good.

Uwaga: Ten post nie został napisany celem go czytania, a jedynie celem zapisu samego w sobie.

Jeszcze chyba nigdy w życiu nie wiedziałem czego chcę tak dobrze, jak teraz. Niczego nie chcę, i niczego mi nie potrzeba. Chociaż strasznie trudno takie coś wyznać, i mogę wyjść na kłamcę i hipokrytę, i mogę płakać za utraconymi osobami, czasem, przedmiotami... to dobrze wiem, i wy też, że nic z tego nie jest mi tak naprawdę potrzebne.

Każda pustka, jaka tylko się pojawia, zapełnia się w mgnieniu oka. Sama. Nic nie trzeba robić. 

Tak się składa, że mój obecny związek jest 'on the verge of destruction'. I pytam samego siebie od wczoraj, co czuję. Przykro mi, jasna sprawa. Ale co poza tym? Co ponad to? Ponad to, cieszę się. 

Nie dlatego, że jeśli bieg wydarzeń rozmieni nas na drobne, będę mógł znowu polować. Nigdy mi na tym nie zależało, i nic w tym temacie się nie zmieniło. 

Cieszę się, bo ją rozumiem. Tak myślę. Tak właśnie myślę. Że w tym momencie ją rozumiem, i wiecie co? I teraz naprawdę ją kocham, i teraz - właśnie teraz - jest mi wszystko jedno. Nie mam wątpliwości, że sama sobie poradzi, albo że ja sobie poradzę. Będę tęsknił, pewnie tak. Ale chyba wreszcie już mam wszystkie puzzle potrzebne do zbudowania trwałego związku. Każdy kolejny dostawałem przy wszystkich poprzednich rozstaniach.

Jedyne czego chcę, to być szczęśliwym - takie to proste. Wymyśliłem sobie nawet jakiś przepis, ale on w sumie nie jest taki znowu ważny. Rzecz w tym, żeby zefirek życia pchał mnie w jakimś kierunku. Mam niby jakieś cele, ale one nie są kluczowe. To tak tylko po to, żeby się nie nudzić.

Odczuwam pustkę. Ale tak, jak słyszy się ciszę. Kiedy wokół leci strasznie głośna chaotyczna muzyka, i nagle ktoś wciska stop. Nagle słyszysz skrzypienie swoich butów, oddech, bicie serca. I wtedy rozumiesz, i widzisz. Pod tym całym hałasem Życia - jest życie. Małe, proste, bez smaku, i bez woni, bez kształtu - żeby się nie znudziło. I można z nim zrobić co się chce, i będzie dobrze.

Boję się. Bo jeszcze nie do końca wiem co będzie dalej. Ale boję się raczej tak, jak się bałem w podstawówce, kiedy się przeprowadzaliśmy, i zmianiałem szkołę. Niby wiem, że sobie dam radę, że będzie dobrze, ale jednak nic w tym przyjemnego.

Czy ona jest tą jedyną? Czy była? Nie wiem. Nie dowiem się. Nie dowiedziałbym się. I nie ma to najmniejszego znaczenia, bo nie w tym rzecz.

30.10.08

Bunt, krnąbrność i samodestrukcja.

Oto bohater domniemany i przykładowy, którego starym swym zwyczajem nazwę
nie inaczej niż - oczywiście - Bob.

Bob człowiekiem zasad jest. Dzieckiem będąc w kołysce Bob wchłonął pierwszą zaserwowaną mu partię tychże; część potem, intensywną indoktrynacją; część sam sobie ubzdurał niemal świadomie, prężąc przy tym dumną a wątłą pierś, i - co się jeszcze ostatnie ostało - część sam sobie wtłoczył do łba, nic o tym jednakowoż nie wiedząc.


Bob dorastał. Rósł w wzwyż, wszerz, w mięsień i tłuszcz. Pęczniał krwią, a wraz z nią - również ambicjami i nadzieją. Te dwie siły były przynajmniej ściśle powiązane, a może nawet tożsame.

Bob z czasem nasiąkał powoli świadomością; jak gąbka, która leży pod kranem, i na którą - kap, kap, ląduje spuścizna niedomkniętego kranu.

Sucha onegdaj jak pieprz, gąbka jest zadowolona przyjemną wilgocią, dzięki której ona sama wygląda niemalże jak żywe stworzonko.

Wtem! Punkt zwrotny.

Przychodzi taki moment, w którym gąbka zaczyna mieć dość wody i tego jej całego życia; czuje się syta, pełna; zaczyna się jej zbierać na wodne wymioty - bo wody - tego życia! - ma już dość. I nijak tej wody z siebie wyzbyć się nie może. Tak właśnie czuł się w końcu Bob. 

W końcu Bob, kajby gąbka, wyciska się i wykręca.

W męczęnniczym bólu i pozornie bezzasadnym masochiźmie, wyżyma się Bob z doczesności. Poirytowany, oszukany, pędem próbujący nadrobić utracony nasiąkaniem czas.

Jakże naiwnym się czuje Bob. Jakże jest zły! Jak pragnie wykazać, że może! Że ma siłę i możliwości! Że stać go na coś! Że ma... wpływ! A więc i wybór! A więc i władzę... tę podstawową dozę władzy daną każdemu człowiekowi - władzę nad sobą. 

Ot skąd bunt.

12.10.08

Sajens fikszyn.

Ludzkość w całym swoim geniuszu i bezbrzeżnej mądrości, skupia coraz większą swą uwagę na medium gier komputerowych. Pomijając w tym teoretyzowaniu rozmaite artyzmy i niszowość, do przodu prze nurt next-gen. Istotą tegoż jest skupienie się na odbiorze i doświadczeniu gracza. Od klasycznego podejścia next-gen różni się tym, czym marketing różni się od sprzedaży; miast sprzedawać produkt - wpływa na potencjalnych odbiorców, czyniąc z nich klientów.

Next-gen kładzie nacisk na doznania odbiorcy. Odchodzi się od Heads-Up Display, czyli - z ekranu znika pasek życia, liczba amunicji i cała masa innych drobiazgów. Drobiazgów, które przypominały, że to gra. Znikają uzdrawiające apteczki, przeciwnicy nie wyrzucają gotowych paczek amunicji. Kładzie się spory nacisk na grafikę. Coraz więcej gier może pochwalić się stopklatkami wyglądającymi tak samo, albo i nawet lepiej, niż rzeczywistość.

Albo i nawet lepiej, niż rzeczywistość.

Gry, tak samo jak książka czy film, dają odmianę i ucieczkę od naszego własnego świata. Nie ma w tym nic złego. Krytykując medialnych eskapistów, musielibyśmy również potępić turystów i podróżników.

Next-gen, odzierając gry ze zbędnych komplikacji, które od wieków (ekhem) odstraszały growych mugoli, teraz pozwala na niesamowitą popularyzację naszego medium. W pewnym wywiadzie Peter Molyneux przytoczył scenkę, w której pytał sprzedawcę w sklepie, czy ten gra w gry video; ów sprzedawca odpowiedział, że nie, gdyż nie rozumie kontrolera do Xboxa 360. Abstrahując już od tego, czy ów sprzedawca był matołem - faktem jest, że tylu guzików w grach nie potrzeba. Na szczęście - fala niesie ku prostocie (np. Wii), więc zgaduję, że i na tym polu źle nie będzie.

A zatem, nagadawszy się o współczesnych trendach w branży gier, czas nam zawracać na prądy tematu.

Ekstrapolując powyższe sądzę, że - z niewielką dozą zuchwałości - można przypuszczać, że efekt końcowy będzie taki, iż grający człowiek nie będzie w stanie odróżnić gry od rzeczywistości, pomijając zapewne charakterystyczne dla gier niuanse ograniczeń względem rzeczywistości. Jedynie te ograniczenia są problemem gier.

Ale - brak tych samych ograniczeń jest przekleństwem świata rzeczywistego.

Wielu jest na świecie ludzi, którzy nie są zadowoleni z tego, jak świat wygląda. Gdyby się nie dało kogoś innego zastrzelić, zatruć, zgwałcić - rodzaj ludzki miałby się zapewne dużo lepiej. Wielu ludzi nie jest zadowolonych z pracy, jaką Bóg wykonał (przyjmijmy dla dobra wywodu, że tak właśnie było). W związku z tym, wielu próbowało - i nadal próbuje - kuć własne utopie, lepsze wersje świata. Zamknięte społeczności, genialne rewolucyjne teorie. Ale problem zawsze leży właśnie tam, gdzie trzeba naprawdę ograniczać człowieka. W rzeczywistości zupełnie nie jest to możliwe.

W wirtualnym świecie - jest.

Gdyby, w momencie doprowadzenia interfejsu gier do odbioru porównywalnego z odbiorem rzeczywistości, stworzyć grę, będącą wyidealizowanym modelem świata rzeczywistego, a potem na hurra się do niej podłączyć - ludzkość miała by się dużo lepiej. Koniec wywodu.